Zbiórka publiczna-wyniki

Przez to całe zamieszanie z moim powrotem do pracy i chorobą Gabrysi zapomniałam o bardzo ważnej sprawie, a mianowicie nie poinformowałam Was o wynikach zbiórki publicznej przeprowadzonej na terenie naszego miasta Bartoszyc. Poinformowałam fejsbukowiczów, ale swoich drogich Czytaczy nie. Szybciutko więc naprawiam swój błąd. Informuję więc, że kwota jaką udało nam się zebrać w sklepach i taksówkach to 1946,06 zł. Dziękuję wszystkim, którzy wsparli nas swoją przysłowiową złotówką. Dziękuję Stowarzyszeniu Źródło za zorganizowanie i przeprowadzenie zbiórki, a w szczególności Pani Aleksandrze Tarasewicz za nieocenioną pomoc i wsparcie. Dziękuję Pani Iwonie Pająk z Agencji PKO w szpitalu, która zorganizowała miejsca, w których mogliśmy wystawić skarbony, a także rozpowszechniała wieści o naszej akcji. Szczególne podziękowania składam naszym przedsiębiorcom, za udostępnienie miejsca gdzie mogliśmy wystawić skarbony, a taksówkarzom za zbiórkę pieniędzy i wystawienie puszek w swoich samochodach. Mojej kuzynce Kindze dziękuję za zorganizowanie skarbon. Ciotce Emi za to, że możemy zadzwonić z każdym problemem (ona jest naszym aniołem stróżem i opiszę Wam ją kiedyś bliżej, jeśli się na to zgodzi:)). Oraz wszystkim, którzy nas wspierali w organizacji tego przedsięwzięcia-bez Was wszystkich nie dalibyśmy rady, jesteśmy bardzo wdzięczni. A pieniądze przeznaczymy na zakup niezbędnego sprzętu. O wynikach akcji możecie również posłuchać na stronie Radia Bartoszyce.
A u nas królują antybiotyki. Na szczęście namierzyliśmy sprawcę złego samopoczucia Gabrysi i go eliminujemy. W naszym domu jedynie tatuś nie przyjmuje żadnych leków:) Pomimo tego Lelek zachowuje się jakby wszystko było ok. Gada z nami, śpiewa, śmieje się, a nawet rozrabia. Tak, tak rozrabia. Jak każde dziecko w jej wieku przechodzi fazę „ciekawe co się stanie jak to upuszczę”. I rzuca na ziemię co popadnie. A my, rodzice, choć wiekowi, zginamy kręgosłup i chylamy się jak często nasza królowa sobie życzy. Nie wspominając o gadulcu i całej gamie oooo, aaaa, wawawa, łała. Nawet ostatnio było jedno ba. A plucie i prrrrr jest na porządku dziennym. Pluje na nas, pluje na babcię, rehabilitantki i wszystkich którzy zechcą nas odwiedzić.
Mamy też nową zabawę i umiejętność. Gabrysia siedzi na moich kolanach oparta o moje plecy. Nagle zauważa swoje stopy i ciągnie się do przodu. Ja przytrzymuję jej głowę (bo głowa jeszcze ciężka jest) a ona wsadza sobie swoją stopę do buźki. Jaka to w tedy jest euforia:) A gdy się znudzi lub trzeba posmakować drugą to odchyla się sama do tyłu, i znów w przód, i tak do znudzenia-jej znudzenia, bo my możemy patrzeć na jej ruchy przez cały dzień. Jak tylko uda nam się uchwycić to na filmie pochwalę się Wam.
Jeszcze tylko nadmienię, że cała ta sytuacja ze straszeniem nas szpitalem była zupełnie niepotrzebna. Nie dość, że jesteśmy baczni i nad wyraz zdenerwowani chorobą Lelka, to nie potrzeba nam dodatkowego stresu przez gdybanie lekarzy. Musimy wiedzieć wszystko od nich lepiej. To my żądaliśmy posiewu, badania krwi, gazometrii. Co by się stało gdyby trafił do nich nieświadomy rodzic? Aż strach pomyśleć. My w każdym razie według ich wskazówek nie ćwiczylibyśmy Lelka, bylibyśmy po 3 prześwietleniach płuc, wizycie na oddziale, ale na pewno nie po posiewie i podstawowych badaniach. Ech szkoda gadać. I nie będę się nakręcać w niedzielny wieczór. Lepiej idę nacieszyć się Dzidziusiem przed jutrzejszym dniem w pracy.

Napisany w akcje | 2 komentarzy

Podsumowanie tygodnia.

Podziwiam mamy, które pracują, opiekują się dziećmi, piszą blogi i robią tysiąc innych rzeczy. Ja jak widać nie miałam czasu nic napisać oraz na wiele innych rzeczy. Po powrocie do domu tuliłyśmy się, nosiłyśmy na rękach, bawiłyśmy. Cała reszta robiona była w biegu. Ale zacznę od początku.
Poniedziałek – powrót do pracy. Cały dzień stresu. W domu Gabrysia pod świetną opieką w sile babci i zaprzyjaźnionej ciotki Emi. W między czasie kontrolne odwiedziny dziadka i wujka. Po ośmiu godzinach biegłam do domu a tu Lelek przywitał mnie obrażoną miną. Do tatusia, którego w domu nie ma tyle samo godzin śmiała się, gadała a do mnie nic. Foch i obraza. Babcia niesamowicie dzielna nie pokazywała strachu, ale doniesiono mi, że w większości czasu nosiła Lelka na rękach co skutkowało pogięciem i bólem kręgosłupa. Oczywiście dla mnie o tym nie wspomniała. I mimo drobnej biegunki, która utrzymywała się od piątku wszystko było dobrze.
Wtorek-coraz lepiej zarówno w pracy jak i w domu. Babcia mniej wystraszona, ja bardziej spokojna.
Środa-dolegliwości żołądkowe jakby zażegnane. Gabrysia nie foszy się już na mnie a babcia coraz pewniejsza siebie i swoich umiejętności opiekuńczych. Pierwsza od kilku dni rehabilitacja, którą Gabrysia zniosła bez najmniejszego marudzenia.
Czwartek-mama i tata w domku i wizyta w Olsztynie. Gabrysia dzielnie zniosła wizytę w szpitalu dziecięcym, a w drodze do samochodu mama pokazała z bliska śnieg.

Wszystko cudownie do wieczora. Bo tu zaczyna się dziać coś niedobrego. Wieczorem wystąpiła podwyższona temperatura i dzidzia nasza większość nocy była jakaś niespokojna. Po paracetamolu temperatura spadła i nie widać jej było aż do dzisiaj.
Piątek-tatuś w domu, matka szaleje z nerwów i złości, a musi pracować. W związku z temperaturą i podwyższonym tętnem tatuś zadzwonił do naszego pediatry. Bez oglądania Dzidziusia orzekła, że szpital to według niej konieczność. Ja więc obdzwoniłam pół miasta żeby znaleźć pediatrę który zechce przyjechać i zbadać Gabrysię i co? Przyjechał po znajomości internista (żaden pediatra nie chciał nas odwiedzić), który stwierdził, że trzeba położyć się na oddział. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy na izbę przyjęć. A tam po gazometrii pediatra dyżurujący stwierdził, że jednak może lepiej poleczyć się w domu. I bądź tu człowieku mądry. Jeden karze, drugi odradza. A my pomimo stresu próbujemy nie zwariować i podjąć najwłaściwszą decyzję.
Dziś sobota i tu z kolei ja witałam się z lekarzem, ale to już jest mało istotne. W badaniach wyszło również, że jednak jest jakaś bakteria, ale jaka dowiemy się jutro. Do tego czasu leczymy się sami, ale nie potrafimy poradzić sobie z brakiem apetytu. Wszystko, co nie jest mlekiem, zostaje wyplute, opłakane i spotyka się z zaciśniętą buzią. Stan Lelka wydaje się jednak w miarę dobry, więc cierpliwie czekamy na wyniki i modlimy się o spokój i zażegnanie wirusa.
Przed nami kolejny tydzień przyzwyczajania się do nieobecności mamy. Mam nadzieję, że obejdzie się bez szpitala i innych kłopotów.
Zamieszczam jeszcze zdjęcie Lelka, bo nie mogę przestać się chwalić jej urodą:) Jest to zdjęcie z przedostatniej wizyty w szpitalu dziecięcym w Olsztynie. Są to czasy zamierzchłe, bo Mała podróżowała jeszcze w starym foteliku i pięknie wszystko zjadała.


I jeszcze taka dygresja: czytałam kiedyś na blogu mamy, dziecka chorego na SMA1 (tylko ze względu na sklerozę nie pamiętam, który to był blog), że mama zapomniała o swoich urodzinach. Myślałam sobie jak to możliwe? I przekonałam się na własnej skórze, że jednak możliwe. Wczoraj miałam urodziny i gdyby nie smsy to z tego stresu przeoczyłabym tą datę. Wszystkim pamiętającym dziękuję. A swoją drogą to w tym wieku obchodzi się chyba już tylko imieniny:)

Napisany w codzienność | 5 komentarzy

Frustratka, furiatka

Naprawdę chciałam żeby to w końcu był pozytywny wpis. Jednak tym razem też nie wyjdzie.
Najpierw na tym blogu krzyczałam i nie jeden Czytacz pewnie pomyślał sobie „jaka furiatka”. Teraz z kolei napiszę o swojej frustracji. Już jutro matka wraca do pracy. Lelek ma najlepszą opiekunkę pod słońcem czyli swoją babcię (przy okazji wszystkim babciom i dziadkom sto lat). Jedyna opiekunka, którą chcieliśmy zatrudnić niestety nie podjęła się tego wyzwania. Żałujemy bardzo, ale wiem, że moja mama zajmie się Gabrysią tak dobrze jak bym to ja z nią była. Tylko musi nabrać więcej odwagi. Myślę, że po kilku dniach poczuje się pewniej.
Wracając do frustracji…Spotkałam wczoraj koleżankę z pracy. Rozmawiałyśmy dość długo o różnych rzeczach, ale nie o SMA. I pomyślałam sobie, że to dobrze czasami zapomnieć na chwilkę o tej chorobie i gadać o bzdetach. W domu jednak, gdy szykowałam strój do pracy, dopadł mnie dół okropny. Leluś spał, a ja zastanawiałam się jak ja mogę zostawić swojego dzidziusia w domu? Jestem wyrodną matką. Jeśli „coś” się stanie nie wybaczę sobie do końca życia. Nie chcę i nie powinnam zostawiać swojego Dzidziusia. Ale jaki mam wybór? Nikt nie da nam za darmo na chleb, bo w naszej sytuacji naprawdę nie chodzi o dylemat typu czy będzie mnie stać na waciki czy nie. Tu chodzi o dylemat czy będziemy mieli za co kupić potrzebne rzeczy dla Lelka i czy będziemy mieli co włożyć do garnka. Moi rodzice pomagają jak mogą, żywią nas, ubierają nas i Gabrysię. Mamy dwie wypłaty i żyjemy na kredyt. Zastanawiałam się czy może jesteśmy jacyś niegospodarni? Na balety nie chodzimy, ubieramy się w second hand-ach lub promocjach, nie szastamy na prawo i lewo. Każdą wydaną złotówkę przemyślamy. Więc gdzie są pieniądze? Każdy rodzic wie ile kosztują kosmetyki, pieluchy, ubranka i inne rzeczy dla dziecka, a w naszym przypadku dochodzą wyjazdy do lekarzy, rehabilitantów, sprzęt. Nasz samochód siorbie benzynę jakby był na kacu-żeby zaoszczędzić trzeba by było go zmienić, ale za co? Kółko się zamyka.
Więc frustruje mnie mój powrót do pracy, sfrustrowana bym była gdybym nie wracała. Chciałabym zobaczyć jakieś światło w tunelu, ale na razie widzę ciemność. Kiedyś potrafiłam się śmiać z byle powodu, teraz jedynym powodem do śmiechu jest śmiech i radość Gabryśki. Ci co znają mnie z czasów przed diagnozą pamiętają jak potrafiłam rechotać z byle czego i jak mój śmiech zarażał innych. Teraz już nie ma takich sytuacji…
Dobra, wyżaliłam się, wygadałam a teraz o czym innym. Leluś jakby czuł, że coś się zmienia i widać to na jej parametrach pokazywanych przez pulsoksymetr. Niby wszystko w normie, ale nasza Mała miała zawsze lepsze parametry. I znów nie zachowałam zimnej krwi. W piątek wieczorem gdy zauważyłam, że coś jest nie tak napisałam najpierw do zaprzyjaźnionych matek, a następnie co zrobiłam? Rzuciłam się na lodówkę. No może nie na samo urządzenie, ale na jego zawartość:)
Po wykonaniu zabiegów, które zaproponowały mamy, Gabrysia powróciła do swoich normalnych parametrów. Jednak w nocy kilka razy budził nas alarm i chyba po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z sytuacją „zalania wydzieliną”. Czytałam o tym wiele, że trzeba drenować, oklepywać i odsysać w takiej sytuacji, ale nie wiedziałam jak to wygląda i kiedy wkroczyć do akcji. Niestety mogłam się przekonać o co chodzi w ten weekend. Gabrysia ząbkuje i nie może poradzić sobie z nadmiarem śliny. Zdrowe dziecko wypluje, odkaszlnie, połknie ślinę, a naszej Malutkiej trzeba w tym pomóc. A do tego wszystkiego we czwartek byliśmy na szczepieniu i to też może powodować jakieś nieprzyjemne sytuacje. Mam nadzieję, że przetrwamy ten okres poszczepienny i za parę dni wszystko wróci do normy. I to wszystko musi kumulować się w momencie mojego „wielkiego come backu”. A może to znak, że powinnam zrezygnować ze swoich planów?
Nie wiem kiedy znów będę mogła tu zajrzeć więc zostawię te piękne dwa zdjęcia dla wszystkich zachwycających się Lelkiem:) Dziś niedziela więc lecę nacieszyć się swoim Dzidziusiem. Do zobaczenia.

Napisany w codzienność | 3 komentarzy

Castingu c.d.

O matko oszaleję!! Casting na opiekunkę trwa. Dzisiejsza kandydatka, z którą wiązaliśmy wielkie nadzieje okazała się katastrofą.
Na moje pytanie co Pani zrobi gdy Gabrysia się zakrztusi?
Pani odpowiedziała cytuje: „muszę zajrzeć w notatki”.
Pytam więc co zrobiłaby gdyby zdrowe dziecko się zakrztusiło?
Pani więc odpowiada „nie powiedziała Pani przez telefon, że będzie Pani przepytywała, ale ja mam certyfikat z pierwszej pomocy przedmedycznej”. Odpowiedzi na moje pytanie jednak brak.
I co z tego skoro Pani nie potrafi zareagować? Co z tego certyfikatu? Ludzie czy to ja jestem jakaś głupia czy te Panie są niepoważne? Chcąc opiekować się nawet zdrowym dzieckiem powinny znać zasady udzielania pomocy. Czy może będą szukać w notatkach co robić gdy dziecko będzie umierało na rękach?
Nie poddajemy się jednak. Kolejna kandydatka to nasza wymarzona opiekunka. Widać cudowny kontakt z Lelusiem, bogata wiedza i doświadczenie. Z taką osobą nie bałabym się zostawić Gabryśkę i byłabym zupełnie spokojna. No może nie zupełnie, ale miałabym do niej zaufanie. Tylko decyzja czy Pani będzie opiekowała się Lelkiem nie zależy od nas. Nie mogę się dziwić, że taka osoba jest rozchwytywana i to ona musi zdecydować gdzie będzie pracowała. Czekamy więc na decyzję z bardzo mocno zaciśniętymi kciukami.

Napisany w codzienność | 7 komentarzy

Dobre wieści

Wyprawa do Warszawy po raz kolejny nie doszła do skutku. Około 11 dostałam informację, że Pani dr ma wolny termin na jutro godz. 8. Niestety mąż nie dostał dwóch dni urlopu i znów nie pojechaliśmy. Czy dotrzemy kiedyś do stolicy? Czekamy na kolejną okazję:)
Najważniejszą sprawą w dniu dzisiejszym jest to, że Gabrysia przybrała na wadze! Ciocia-babcia z Caritasu przyjechała do nas zaopatrzona w wagę i to nie byle jaką-Lelek zmieściła się na niej cała, co jest nie lada wyczynem, bo Dziecko nasze jest jak na swój wiek długa. I ta super hiper waga pokazała 8080 dag (o całe 180 dag więcej od ostatniego ważenia). Ten wspaniały wynik poprawił nam popsuty przez Panie z MOPS-u humor.
Bo Panie te uskuteczniają wkurzanie matki do granic wytrzymałości. I dziś ta granica pękła. W rozmowie z jedną z nich nie dałam sobie w kaszę dmuchać. Nie należę do patologii na którą można krzyczeć bezkarnie, i która zwiesi uszy i zatańczy jak jej zagrają. Szczegółów oszczędzę, ale napiszę tylko, że ta rozmowa doprowadziła mnie do takiego nerwa i drżenia rąk jakich dawno nie miałam. Szybciutko Pani spuściła z tonu po mojej interwencji i na razie nasze stosunki są jasne: my nie jesteśmy do pomiatania-ona nie będzie nami pomiatać.
Co do opiekunki to się ruszyło, ale nie będę zapeszać. Napiszę wkrótce czy mogę spokojnie wracać do pracy. Co prawda strój służbowy już prawie skompletowany, gotowość do pracy zgłoszona a my dalej w rozterkach.
Wczoraj natomiast była ważna data-druga rocznica ślubu matki i ojca, ale kto by o tym pamiętał? No na pewno nie my:) Jakbyśmy mieli z 40 lat stażu:)
Druga ważna sprawa to to, że wczoraj zakończyła się zbiórka publiczna przeprowadzana na terenie Bartoszyce. Stowarzyszenie pieniądze liczy, a my niedługo poinformujemy o efektach. Wszystkim dobroczyńcom dziękujemy.

Napisany w akcje, codzienność | Dodaj komentarz

Zaległości i bojowe nastawienie

Trochę mnie nie było-tyle się dzieje, że na nic nie ma czasu. Musiałabym pisać i pisać żeby opisać wszystko co się wydarzyło od poprzedniego tygodnia. Spróbuję to jakoś streścić i skrócić żeby Was nie zanudzić:)
Zacznę od długiego weekendu. Mama odpoczęła od ćwiczenia, masowania, klepania, odsysania Dzidziusia (tatuś przejął część obowiązków) i zrelaksowała się w domowym spa. Mieliśmy gości i my byliśmy na pierwszej wyprawie po naszych „cudownych” chodnikach nowym Maybachem.

Korzystamy z jesienno-wiosennej aury i za zimą wcale nie tęsknimy. Po tej wyprawie Leluś nasz sam zawołał, że chce jeść. Do tej pory nie możemy ochłonąć po takim zaskoczeniu i chwalimy się tym wszystkim wkoło:) Apetyt w ten weekend dopisywał Gabrysi i tak na razie zostało. Tfu tfu nie zapeszamy. W ogóle nasza Dzidzia ostatnio nas bardzo zaskakuje. Ćwiczenia i leżenie na brzuszku nie są już opłakiwane tak strasznie jak zwykle. Nawet zaczyna jej się to podobać:)
Wczoraj z kolei była szybka akcja i wypad do stolicy Warmii i Mazur. 12:00 matka dzwoni do logopedy ze szpitala dziecięcego i okazuje się, że na 15 zwolniło się miejsce. Wizytę ustaloną mamy na koniec lutego więc trzeba skorzystać z okazji i pędzić na spotkanie. Ojciec urywa się z pracy, my biegiem jemy, pakujemy się i ubieramy. Do Olsztyna mamy 75 km i około 1,5 godz. jazdy. Wszystko udaję się zorganizować i jesteśmy u Pani mgr na czas. Po wizycie zrobiliśmy ogromne zakupy i portfel mamy okrutnie zeszczuplał, ale najważniejsze, że nasza Dzidzia będzie jeździła od dziś jak na Królową przystało w różowym, wygodnym foteliku. Oto ich zdjęcie-Królowa i jej tron:)


Zaskoczyła mnie tylko jedna rzecz w tym mieście, a mianowicie brak miejsca do przebrania dziecka. W sklepie w którym kupowaliśmy fotelik Pan zaproponował nam żebyśmy pojechali z Małą do jakiegoś hipermarketu żeby przewinąć Gabryśkę. Ciekawa jestem czy Pan by też tak chętnie latał po całym mieście gdyby miał niespodziankę w majtkach? Przebieraliśmy więc naszą Dzidzię w nosidełku na sklepowej podłodze! Szok jakie musieliśmy wykonać ewolucje i w jakich warunkach. Ale grunt, że Lelek w drodze powrotnej do domu miał suchutko i cieplutko.
Dziś z kolei byłam na tourne po urzędach. Przed powrotem do pracy chciałabym załatwić wszystkie formalności jakie są niezbędne w fundacji Polsat do refundacji koflatora. Myślę, że powinniśmy mieć ten sprzęt i z niego korzystać. Chciałam przed zakupem tak drogiego sprzętu wypróbować go i wypożyczyć z Caritasu, ale moja propozycja spotkała się jak zwykle z oporem ze strony tej instytucji. Oczywiście wymyślam sobie i męczę niepotrzebnie to biedne dziecko. Tylko dlaczego w Stanach ten sprzęt jest podstawowym wyposażeniem dziecka chorego na SMA? Dlaczego tam zalecają jego stosowanie? Może u nas dzieci z tą chorobą są jakieś wyjątkowe i im to jest niepotrzebne? Pozostawię całą tą sytuację i współpracę bez komentarza.
A przy okazji wyrzucę z siebie trochę jadu i obsmaruję tu niektórych urzędników. Generalnie moja postawa co do urzędników jest pozytywna ponieważ wiem, że urzędnik też człowiek i często spotykam się z pozytywnymi urzędnikami. Takie urzędniczki spotkałam dziś np. w PCPR-ze. Panie były sympatyczne i bardzo mnie zaskoczyła jedna z nich informując mnie, że czyta mojego bloga i, że o nas pamiętają. Pozdrawiam serdecznie PCPR w Bartoszycach. Natomiast MOPS to zupełnie inna bajka. Krążąc od pokoju do pokoju w celu uzyskania opinii na nasz temat niezbędnej dla fundacji Polsat trafiłam do pokoju pracowników socjalnych. Weszłam i grzecznie zapytałam Państwa siedzących i machających palcem w bucie, gdzie mogę znaleźć pracownika socjalnego. Z jakiej ulicy-zapytała Pani. Odpowiedziałam grzecznie na co Pani rzekła z niechęcią w głosie: ych to do mnie i się skrzywiła. Kolega po fachu (wyglądający na równie zapracowanego) rzekł: hehe a myślałaś, że mnie wrobisz. Widocznie (ja to tak odebrałam) niesienie pomocy przez tą instytucję to zło konieczne. Tylko Ci państwo zapominają jak łatwo oni mogą znaleźć się w takiej sytuacji jak ja i jak łatwo stracić wszystko. Być może spaliłam sobie tym wpisem pewne mosty, ale póki co mam jeszcze trochę siły na walkę z takimi „pomocnymi” urzędnikami.
Jeszcze tylko krótko o powrocie do pracy. W dalszym ciągu poszukujemy opiekunki. Zostało już naprawdę niewiele czasu, ale jakoś nie wpadam w panikę (po cichu liczę, że jednak moja mama przełamie swój strach i w razie kryzysu z opiekunką zaopiekuje się Gabrysią tym bardziej, że i tak byłaby przez cały czas z Gabrysią i opiekunką). A wszystkim zainteresowanym i dzwoniącym do mnie Paniom dziękuję i chciałabym poinformować, że nawet przez telefon słychać, że Pani np. jest po spożyciu alkoholu. Informuję również, że praca jest przez 2 tyg. po 8-9 godz., a 2 tyg. po 2-3 godz. ale czas ten może ulec wydłużeniu lub skróceniu. Nie będziemy więc rozważać ofert od Pań, które „nie mogą przychodzić z rana”, lub chcą opiekować się Gabrysią „u siebie w domu”. Mamy pewne oczekiwania i wymagania, a tych którzy nie mają ochoty ich spełniać prosimy o nie zawracanie nam gitary:) Panie odpowiedzialne, chcące nauczyć się naszych zwyczajów i zabiegów oraz chętne do nauki i kochające dzieci zapraszam i proszę o kontakt. Poleciałam prywatą, ale może dzięki temu znajdę kogoś odpowiedniego dla Lelusia.
Zrobiło się trochę bojowo, ale ja naprawdę miłą osobą jestem – tylko nie deptać mi na odcisk:)

Napisany w codzienność | 9 komentarzy

Zdjęciowo

Tik tak, tik tak. Nieubłaganie czas pędzi do przodu. Zostały 2 tygodnie byczenia się matki na urlopie. A później wielki come back. Teoretycznie. Praktycznie natomiast wygląda to tak, że siedzimy sobie i sami nie wiemy na co liczymy. Że znajdzie się opiekunka? Że może spadnie z nieba złoty deszcz? Że jedno z nas nie będzie musiało wracać do pracy, bo damy radę przeżyć z mops-owych „ochłapów”? Może życie nas zaskoczy i w ciągu tych 2 tygodni wszystko się ułoży? Nie ma wyjścia – musi się ułożyć.
Żeby nie było tak pesymistycznie jak zwykle informuję, że Gabryśka ma się coraz lepiej i wróciliśmy do codziennego męczenia naszego dziecka. Wypróbowaliśmy nową fasolkę.
A także poćwiczyliśmy z nową Panią rehabilitantką. Oczywiście wszystkie te zabiegi są dla naszego dziecka potworną tragedią, ale liczymy, że wkrótce się do nich przyzwyczai.

Dla nas plus takiego męczenia jest taki, że dziecko znowu zaczęło porządnie jeść. I nawet mamowa zupa jest ok. Ba jest pyszna, a te Gerbery i inne mogą się schować.

W ćwiczeniach pomaga nam stos gadżetów przyniesionych przez Mikołaja. A te Mikołaje kochane wciąż nie przestają rozpieszczać naszego Lelusia. Co prawda choinki już nie ma, ale im to nie przeszkadza:) Ostatnio nazwoziły i naprzysyłały mnóstwo ubranek i piżamek z samej Anglii i światowo się zrobiło. Mikołajowi Gosi i Emilii dziękujemy, bo bardzo przyjemnie śpi się w takich zagrabanicznych pajacach:)


A tu zamieszczam zdjęcia sprawcy uszczuplenia naszego fundacyjnego budżetu o 490zł (przemiły Pan ze sklepu medycznego obniżył cenę z 520 zł). Żeby to chociaż była inwestycja długoterminowa, ale nie - taki kabelek podobno trzeba kupić co pół roku ze względu na jego krótką żywotność.


Nie dopatrzyłam się w nim jakiejś wyjątkowości.

Napisany w codzienność | 1 komentarz

Mama

Czyja mama jest najlepsza pod Słońcem? Oczywiście, że moja. Moja mama, a babcia Lelka. Ugotuje, posprząta, przyniesie zakupy, ja wymyślam, a ona biega po mieście i kupuje to co umieszczę na liście. Zajmie się Lelkiem żebym mogła napisać posta, poczytać, poszperać po necie. Poradzi, podpowie, zawsze jest gdy jej potrzebujemy. Opiekuje się nami i zapomina o sobie. Proszę ją żeby pomyślała czasami o sobie, zrobiła coś tylko dla siebie. A ona na to, że nie potrzebuje. Pieniądze woli przeznaczyć na nas i kupić kurtkę dla córki, ubranka dla Gabrysi, nawet o zięcia zadba. Czemu to piszę? Bo dziś spojrzałam na swoje odbicie w witrynie sklepowej. I się przeraziłam tym co zobaczyłam. Bez makijażu (chociaż coraz częściej zdarza mi się umalować to i tak nie dbam o to jak dawniej), na głowie siano, podkrążone oczy, jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Mamę karcę, a sama robię to samo.
W Sylwestrową noc postanowiłam, że to się zmieni i zadbam o siebie, ale czasami tak myślę po co? Siedzę w domu i rzadko wychylam z niego nos. No ale trzeba się wziąć za siebie dla siebie, dla męża i dla Lelka. A także dla otoczenia, żeby ludzie nie uciekali na mój widok:) I znów postanawiam, że od jutra wszystko się zmieni:) Tylko jeśli znowu Lelek będzie spał tak jak dzisiaj i będzie się budził co kwadrans to myślę, że moje postanowienie znowu szlak trafi. To wtedy spróbujemy pojutrze…:)
Nie porównuję się absolutnie do swojej mamy, bo ona jest uosobieniem matczynego poświęcenia się dla dzieci, a ja mimo wszystko idę jutro kupić buty – sezon przecenowy otwarty a to jest to co mama Gabrysi uwielbia:) Ciekawe czy uda mi się znów upolować tak jak na ostatnich przecenach buty za 10 zł ( słownie: dziesięć złotych)? Zapewne nie pochodzę w nich za długo, ale za taką cenę wystarczy żeby wytrzymały miesiąc:) Można się ubrać za grosze? Można:)
Gabrysia dziś zakończyła kurację antybiotykową i z tej okazji przyszła na pierwszą wizytę zapoznawczą nowa Pani rehabilitantka. Trochę poćwiczyła, trochę pobawiła się z Lelkiem, zostawiła wytyczne działania. Lelek na początku zachwycony po kilku minutach zrozumiała w jakim celu przyszła ta nowa fajna Pani i postanowiła wyrazić płaczem swe niezadowolenie.
A co z jedzeniem? Zobaczcie sami.


Ta mina wyraża wszystko.

Napisany w rodzina i przyjaciele | 1 komentarz

Jaki nowy rok….

Jest takie powiedzenie: „Jaki Nowy Rok taki cały rok”. Nasz rok będzie zatem rokiem stresu, nerwów, obawy o Gabrysię, bezsilności, awarii i kryzysów, ale także rodzinnej atmosfery, będzie też trochę śmiechu i imprez, lenistwa, spania i matka będzie się odchudzać. Tak bowiem wyglądał pierwszy dzień nowego roku u nas. Sylwester to był bardzo udany dzień i wieczór do czasu aż pulsoksymetr po północy nie zaczął wrzeszczeć jak szalony, że saturacja (czyli poziom tlenu w organizmie – po tych wartościach można sprawdzić czy dziecko przypadkiem nie ma problemów z oddychaniem) jest na zatrważająco niskim poziomie. Zawrzeszczał raz i przestał. Pomyśleliśmy więc, że może czujnik się zsunął, ale on zawrzeszczał znowu. Wówczas matce w głowie zaczęło przypominać się w tempie ekspresowym co powinna robić. Drenować, oklepywać, reanimować, wezwać pogotowie. Dobrze, że tatuś jest bardziej opanowany i przytomny, bo matka za chiny nie pomyślała o podstawowej sprawie czyli wybudzić Lelka i sprawdzić sprzęt. Okazało się bowiem, że czujnik pulsoksymetru jest połamany. Mimo tego noc sylwestrowa upłynęła nam na ciągłym strachu. Jesteśmy więc na razie bez tego niezbędnego sprzętu. Potrzebny jest on nam szczególnie teraz gdy Gabrysia jest chora. Na szczęście nasza Pani Doktor pożyczyła nam taki zwykły do czasu, aż nie kupimy czujnika. A to bagatela 520 zł. Chyba, że uda mi się znaleźć do jutra coś tańszego, ale nie myślę żeby różnica była jakaś ogromna. Na całe szczęście mamy już trochę pieniędzy uzbieranych na koncie fundacji. I za to wszystkim wpłacającym serdecznie dziękujemy. Bo skąd przeciętny Kowalski miałby wziąć takie pieniądze na sprzęt? Nie sądzę żeby produkcja i koszt materiału tego kabelka był aż tak wysoki. No chyba, że któreś z niewidocznych części zrobione są np. ze złota? Jest to rozbój w biały dzień, ale co mają zrobić ludzie, którym ten kabelek jest potrzebny? Płacą i kombinują skąd wziąć na to pieniądze.
Dziś pożyczyłam wagę, żeby sprawdzić czy przez tą chorobę i brak apetytu spowodowany wykluwaniem się zębów Lelek nie stracił na wadze. Według tego sprzętu Gabrysia od 13.12.2011 nie przybrała, ani nie straciła na wadze nawet 10 dag. Cieszymy się bardzo, ale nauczeni złośliwością rzeczy martwych i sprzętu medycznego pozostajemy w czujności. I dziękujemy Paniom Pielęgniarkom Środowiskowym z przychodni na ul. Marksa za pożyczenie wagi i życzliwość. A co do życzliwości to chciałabym napisać jak wspaniali są ludzie. Nawet nie spodziewałam się, że obcy ludzie potrafią być tak bezinteresownie dobrzy. Co jakiś czas zaskakują i pozytywnie wzruszają napotkani ludzie i sytuacje. Przed Świętami otrzymałam awizo z Poczty Polskiej, bo nie odebrałam zamówionych przesyłek. W czasie gdy umawiałam się z mężem które z nas pojedzie na pocztę zadzwonił do drzwi dzwonek. I wiecie co? Pan listonosz żeby nie fatygować nas na pocztę i żebym nie miała problemów z odebraniem listów (bo matka nie ma czasu zmienić danych i od prawie 2 lat posługuje się na aukcjach internetowych nazwiskiem panieńskim, a w dowodzie widnieje nowe nazwisko) przyniósł przesyłki jeszcze raz!! Tak zabiegany i zapracowany przed Świętami listonosz oszczędził nam fatygi i kłopotu. Albo Pan emeryt, który chce nam podarować pieniądze. Nie potrafię jeszcze prosić i przyjmować takie datki i nawet nie potrafię się w takich sytuacjach zachować, ale na pewno jestem bardzo wdzięczna.
A z nowym rokiem są i nowe pomysły jak ogarnąć naszą nową sytuację. Wpadłam na niecny plan jak oskrobać Państwo i polepszyć swoją sytuację. Wymyśliłam bowiem, że rozwód z moim mężem to jest wyjście z sytuacji. Jako samotna matka otrzymywałabym zasiłek i nie musiałabym wracać do pracy. A z mężem – niemężem oprócz papieru nic by się nie zmieniło. Tu jednak okoniem stanął mój ślubny:) Nie chce słyszeć o takich pomysłach. I weź tu coś sensownego człowieku wymyśl:) Wszystko tylko nie i nie. Myślałam też o alkoholizmie, ale stwierdziłam, że nie dałabym rady:) Może ktoś podrzuciłby jeszcze jakiś ciekawy pomysł?
I jeszcze jedno: wizyta w Warszawie przełożona ze względu na chorobę Gabrysi. Niby już wszystko w porządku, ale do czwartku serwujemy jej jeszcze antybiotyk, więc wycieczka musi poczekać. O wizycie w stolicy poinformujemy:)

Napisany w codzienność | 4 komentarzy

Happy New Year

Co roku z tatusiem (gdy jeszcze nie byliśmy tatusiem i mamusią, a nawet nie byliśmy małżeństwem) mieliśmy jakieś postanowienia noworoczne. Chcieliśmy samochód – pstryk dwa miesiące później mieliśmy nasz fokę, chcieliśmy zalegalizować nasz związek – pstryk miesiąc później byliśmy małżeństwem, chcieliśmy kupić mieszkanie – pstryk i 3 miesiące później byliśmy właścicielami M-3. Jakbyśmy mieli jakąś cudowną różdżkę. A może to właśnie pragnienia pomyślane w tą „magiczną noc” miały taką siłę, że się spełniały tak
łatwo?

A w tym roku mamy tylko jedno życzenie, ale dlaczego tak bardzo nierealne? Chyba wszyscy wiecie o czym mówię? Mimo tego, że jest to życzenie trudne do spełnienia i tak będziemy go sobie życzyć, może skoro co roku nasze pragnienia się spełniały to i w tym będzie tak samo…

A co do Sylwestra to nie rozumiem o co tyle krzyku? Czemu tak bardzo wszyscy się cieszą, że ten rok się kończy? Moim zdaniem nie mamy z czego się cieszyć. W 2012 będziemy o rok starsi, wzrośnie VAT na artykuły dziecięce, wzrosną ceny benzyny, żywności, prądu, gazu i Bóg wie czego, z listy refundowanych leków zniknie ich ponad 800 (chyba, że coś się już zmieniło, bo z naszym rządem to jak w ruskim cyrku). Więc na co tu czekać? Co tak chcemy hucznie obchodzić? To, że zmieni się cyfra? Jakie to ma znaczenie? Nie czuję i
nie rozumiem tego.

Nasz Leluś również nie czuje, że powinno się coś zmienić i że jest to jakiś wyjątkowy dzień i noc. W dalszym ciągu odmawia jedzenia i picia. Na szczęście już nie gorączkuje, saturacja i tętno w normie. W dzień śpi pięknie i się regeneruje, ale wieczorem jest straszny problem. Zaśnie tak jak zwykle o 20:30 żeby po pół godziny wstać z krzykiem i marudzić do 22. A może trenuje przed powitaniem Nowego Roku? Chce doczekać z nami do 24?:)

Jednak pomimo całego mojego pesymizmu i czarnowidztwa (bo zapomniałam dodać wyżej, że podobno w 2012 czeka nas też koniec świata) od rana towarzyszą nam dobre humory. I jakoś tak podświadomie szykujemy się na imprezkę:) Matka od rana pośpiewuje piosenkę z Gabrysiowej zabawki „gdy mrówki maszerują równo raz i dwa” i odstawiła z Lelem przepiękny taniec do piosenki:

 

Leluś ustroił się nawet w brokat niewiadomego pochodzenia.

Mimo wszystko życzę Wam żeby nadchodzący rok był lepszy niż ten który się właśnie kończy HAPPY NEW YEAR!! Bawcie się dobrze do rana,  pijcie i tańczcie. A z tymi którzy świętują tak jak my w domu do zobaczenia na białej sali:)  I do zobaczenia w przyszłym roku:)

 

 

Napisany w codzienność | 2 komentarzy